Średniej Wielkości Miasto – slow life and mess of inspiration …



W równym tempie i pod linijkę? Skąd. W kurtce nie pasującej do szalika, za to z życiem ;)

Jechałam dziś rano autobusem. Jak nigdy. Obudziłam się żeśka i gotowa na nowe wyzwania, jakie stawia przede mną ten dzień. Pierwsza ważna rozmowa, na to wpływ może mieć wszystko. Godzina 7.38 – odjazd autobusu w kierunku Wróbina. Miasto żyło już od kilku godzin, rytmicznie się zapełniało.
Przypomniało mi się wczesno wiosenne centrum Warszawy, widziane z kawiarni Hard Rock Cafe. Ludzie szli równo i pod linijkę, wyglądali niemal tak samo. Zastanawiałam się, czy to jest to miasto ekspresyjnych ludzi, czy to mi się pomyliły kierunki. Na ulicach niedoścignionej w swej kompetencji i oferowanych wrażeniach Warszawy, widziałam znużonych i zdezorientowanych ludzi. Inaczej było dziś… To Opole zaskoczyło mnie luzem, różnorodnością i… poczciwą staruszką z czarującym uśmiechem i bez zęba na dole. W autobusie oprócz ludzi spragnionych kawy, byli też tacy pełni życia. Jakaś pani opowiadała o swojej wnuczce. Miałam wrażenie, że do tego autobusu wsiadają od lat ci sami ludzie. Znali się, uśmiechali do siebie, nawiązywali rozmowy.
Od teraz, w każdy wtorek będę częścią tej różnorodności… nienachalnej, inspirującej i poruszającej wyobraźnię.
Po tej ważnej rozmowie, przeszłam na drugi przystanek – z którego rzekomo miałam odjechać do centrum. Ale ani tabliczki, ani punktu orientacyjnego… Zaczęłam więc wyczekiwać dreptających w stronę przystanku emerytek, zwiastujących autobus. Przez dłuższą chwilę nic, aż tu zza zakrętu zbliżyła się do mnie babunia w szarym płaszczu i zmarszczkach dookoła oczu. Takie zmarszczki ma się chyba od pocieszania innych i serdecznego śmiechu.
– To co, jedziemy? – Zaczepiła mnie.
– No właśnie nie wiem… Nie ma tabliczki odjazdów. – Stwierdziłam.
Za to były inne wskazówki. Okolica cicha, spokojna i wypełniona budynkami, w których mieszczą się biura.
Przed 8.00 rano nieśmiało podążałam w kierunku ulicy Cygana. Ile tutaj tabliczek, które coś ogłaszały. Panie, które wysiadły razem ze mną, wyglądały na sprzątaczki z własnym sprzętem, co zwiastowała miotła i woda w butelkach. Może to jakaś specjalna woda była. Za to ja byłam zupełnie pogubiona, w dodatku myślałam, że za wcześnie. Okolica zdecydowanie nie wyglądała, jak Centrum.
Odnalazłam się po szczerości i bezpretensjonalności ludzi i idąc wydeptanymi ścieżkami.
Właśnie tak widzę nasze miasto. W Warszawie właściwie wszyscy jeżdżą autobusami, w Opolu tak jakby tylko ci, których właśnie na to stać. Nie dopisuję sobie więc historii do ludzi, tak, jak miałam w zwyczaju robić to w Warszawie, stojąc w korkach. Tutaj ludzie między sobą coś przebąkują, choćby używając tego samego żartu.
Na ulicach pełno ludzi, którzy idą tak, jak lubią. Rano zauważyłam znajomą, idącą lekkim i radosnym krokiem. I mimo, że mieszkam w centrum i mam przyjemność otwierać wielkie, szklane drzwi biurowców, bądź otwierają się one przede mną same, to nie zauważyłam, żeby cokolwiek w naszym mieście było równie sztywne, jak te drzwi. Czuć luz.
Do cukierni, w której kupuję na drogę krążki wiedeńskie, miał w zwyczaju podchodzić facet, lubiący „popatrzeć na panie, które lubią słodkie” ; )
Nikt, ani w centrum, ani na obżerzach, nie szedł tym charakterystycznym dla pracowników Warszawy biurowców żwawym i energicznym rytmem, choć tutaj też ludzie rozwijają się zawodowo. Tu, do miejsc docelowych zmierza się z pewnością i luzem. Autentycznie. Razem ze sprzątaczkami, tym samym autobusem. Mam wrażenie być bliżej ludzi.
Szkoda, że komunikacja nie jest tak świetnie zorganizowana, jak we Wrocławiu… ale dzięki temu PATRZĘ i SŁUCHAM. Już dawno zgubiłam swoje słuchawki.
Pozdrawiam wszystkie panie, które chodzą w kurtkach nie pasujących do szalika… dziewczyny w grubych czapkach, tulące się do ścian przystanków… i wszystkich, którzy byli dziś rano wystraszeni, wychodząc z domu. Ja byłam, nie ukrywam. Czasami luz, śmiałość i przygotowanie nie wystarczą. Ale cieszę się, że zawsze jest jescze to 10 minut w autobusie, gdzie można ochłonąć.
Ta zwyczajność naszego miasta oswoiła mój niepokój. Swojskość autobusów, uśmiechy staruszek i fakt, że… wszędzie dobrze, ale na obżeżach spokojniej… więc mimo, że wyzwaniowo, to przecież nie może być źle.

Justyna Poluta.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: